"Książka" Mikołaja Łozińskiego bohaterką spotkania w...
09.12.2013

Drodzy Państwo,

Pani Mariola Góra z MBP w Tarnowie nadesłała niezwykłą relację za spotkania autorskiego z Mikołajem Łozińskim. Także recenzję Jego ostatniej książki.

Przeczytajcie - naprawdę warto!

 

                                                           Widzenie Mikołaja Ł.

W pewne chłodne, dżdżyste, listopadowe przedpołudnie przed masywną, metalową furtą tarnowskiego Zakładu Karnego pojawiły się dwie drobne osoby – pani Mariola Góra, moderatorka DKK, oraz uzdolniony pisarz młodego pokolenia Mikołaj Łoziński. Z pewnością 29 listopada 2013 r. zapadnie Mikołajowi w pamięci, gdyż to w tym dniu po raz pierwszy przekroczył progi tarnowskiego więzienia. Pokonując kolejne bramy, furtki, posterunki oraz szereg gęstych, szczelnie osnutych drutem kolczastym krat zmierza niepewnym krokiem na niecodzienne „widzenie”, które odbędzie się na sali widzeń nr 2. W Sali tej na co dzień skazani spotykają się ze swoimi rodzinami. Tym razem odbędzie się tutaj osobliwa debata, przedmiotem której będzie ocena dotychczasowego dorobku Mikołaja Łozińskiego.
Na twórcę oczekuje kilkunastu osobników tutejszego Dyskusyjnego Klubu Książki, których na co dzień dzieli wiele: wiek, zawód, wykształcenie i wymiar kary. Łączy natomiast jedno: wspólna pasja, którą jest zamiłowanie do dobrej lektury. Nieprzerwalnie już od trzech lat spotykają się oni na wspólnych dyskusjach o książce. W ten sposób wyrabiają sobie stanowisko i obiektywne zdanie o literaturze polskiej i światowej. Na początku spotkania istniały wzajemne uprzedzenia wynikające z różnorodnych, nie do końca prawdziwych stereotypów, rysujących pensjonariuszy zakładu karnego jako prymitywnych zakapiorów, dla których książka jest zbędnym towarem.
Po prezentacji spotkania przez animatorkę panią Mariolę Górę z MBP w Tarnowie mniej znanego tutejszym czytelnikom gościa znikł dystans dzielący tak różnorodne środowiska. Również docenianemu przez krytykę literacką autorowi przeszła obawa o właściwe przyjęcie, a także interpretację niełatwej w odbiorze twórczości. Autor początkowo niepewnie i nieco ostrożnie formował swoje wypowiedzi, ważąc każde słowo, w obawie przed niezrozumieniem lub druzgocącą krytyką ze strony uczestników spotkania. Wyjaśniał powody i przyczyny powstania swojego ostatniego dzieła pt. „Książka” oraz mozolny proces twórczy, który jak się później okazało, trwał aż pięć lat. Jak stwierdził „Książka” to niecodzienny zapis codzienności, przedstawiający skomplikowane losy swojej rodziny na tle najnowszej historii Polski.
Spotkanie nie przebiegało na jednostronnym monologu i odpowiedziach na sztampowe pytania, lecz była to równorzędna dyskusja. Przebywający w hermetycznym środowisku więźniowie, nieskażeni różnorakimi, często nieobiektywnymi opiniami pojawiającymi się na forach internetowych, w prasie, publikacjach, szczerze wyrażali swoje opinie, trafnie odgadując przesłanie autora. Często przecież bywa tak, że opinia krytyki jest dalece rozbieżna od wrażeń zwykłych czytelników. Tym razem okazało się inaczej. Dało się odczuć, iż „Książka” została dobrze przyjęta zarówno przez krytykę, społeczeństwo, a także tych kilku przedstawicieli społeczności więziennej. Należy dodać, iż każdy z zebranych wcześniej zapoznał się z lekturą i bez ogródek przedstawił swoją subiektywną ocenę. Blisko 90-cio minutowe spotkanie minęło niepostrzeżenie, gdyby nie rygorystyczne regulacje ochronne tutejszego ZK to intelektualna dysputa z pewnością potrwałaby dłużej. Zaobserwowany pogodny wyraz twarzy oraz pochlebne wypowiedzi naszego gościa pozwalają przypuszczać, że atmosfera spotkania była ba tyle przyjazna, iż autor z radością przyjmie kolejne zaproszenie i przy promocji następnej książki zawita w nasze mury.

Robert


Próba recenzji

Mikołaj Łoziński swoją książkę pt. „Książka” podsumował tak: „Próbowałem w delikatny sposób wpisać małą historię rodziny w dużo większą. Jednocześnie starałem się, żeby empatia i zrozumienie życiowych wyborów bohaterów nie przysłoniły mi ostrości widzenia.”
Moim zdaniem to trafne podsumowanie. „Mała historia” to historia rodziny autora książki, rodzeństwa, rodziców i dziadków. Historia „dużo większa” to historia Polski XX w. począwszy od lat trzydziestych.
„Książka” ma oryginalną konstrukcję. Złożona jest z 12 rozdziałów poprzedzanych krótkimi dialogami opisanymi na kartach z inwersją kolorów – białe litery na czarnym tle. Dialogi prowadzi autor z ojcem, matką i starszym bratem, a dotyczą one treści, które będą opisywane w książce, co stanowi ciekawe sprzężenie zwrotne.
Nazwy rozdziałów pochodzą od przedmiotów, które dla autora stały się rodzinnymi symbolami na podstawie własnych obserwacji lub informacji jakie posiadał od starszych członków rodziny. Dla przykładu rozdział o tytule „Klucze” dotyczy opowiadania o dziadku ze strony matki, który większość swoich przedmiotów miał zamkniętych w pokojach, szafach, szufladach, skrzyniach i walizkach, co powodowało, że posiadał pokaźny pęk kluczy. Nazwa rozdziału „Znak” nie jest zrozumiała. Opowiadanie opisane w tym rozdziale dotyczy okresu, gdy rodzice Mikołaja byli po rozwodzie. Ojciec przyszedł, aby odwiedzić syna i zabrał go na spacer. Autor pisze: „Mocno pamiętam ten znak. Oparty o drzewo, brudny, ciężki, kiedy próbuję go unieść, lekki, kiedy tata za chwilę go podniesie” (…)
Mikołaj: „Weźmy znak, proszę” (…)
Ojciec: „Po co? Wiesz w ogóle, co on znaczy?”
Mikołaj: „Nie wiem”
W ostatniej linijce rozdziału Mikołaj pisze: „Nie wiem nawet, jaki to był znak”. Autor miał wówczas 120 cm wzrostu, a ostatnie widzenie z ojcem było, gdy miał 5 centymetrów mniej. Autor określa czas za pomocą tempa wzrostu dziecka, zmuszając czytelnika do obliczeń i tym samym do refleksji nad treścią, którą chce przekazać. Fragment historii rodziny opisany w rozdziale „Znak” można według mnie zredukować do dwóch zdań. Gdy Mikołaj miał 10 lat rodzice byli po rozwodzie. Ojciec odwiedzał syna co pół roku i niesystematycznie płacił alimenty na jego utrzymanie. Łoziński zdecydował się na opis sytuacji rodzinnej w tym rozdziale z punktu widzenia dziecka, które zapamiętuje z tego okresu zdarzenia nie mające pierwszoplanowego znaczenia, jak chęć zabrania znalezionego na spacerze znaku.
Autor stosuje urozmaicone techniki opisu. W rozdziale „Paczki” wiele szczegółów dotyczących rodziny oraz sytuacji gospodarczej Polski w latach 1969 – 1985  dowiadujemy się z fragmentów listów, które pisała matka Mikołaja do swojej przyjaciółki w Paryżu. W rozdziale „Zeszyt” opowiada wyjazd do Francji przez pryzmat obrazków namalowanych w swoim zeszycie. Poznaje tam drugą żonę swojego ojca. Na rysunkach żona ojca ma zamazaną długopisem twarz. Taki obraz nie wymaga dodatkowego komentarza. Autor unika prostego opowiadania historii rodziny, w zamian umiejętnie buduje wymowne obrazy.
Komplikację opowiadania autor uzyskuje przez jednoczesną wielowątkowość i brak chronologii czasowej. Dla przykładu w rozdziale „Klucze” oglądamy ostatnie chwile dziadka ze strony matki. Oczami jego żony i jednocześnie rękami matki otwieramy kolejne szafy, szuflady i skrzynie, w których dziadek przechowywał zamknięte na klucz przedmioty. Towarzyszące tym przedmiotom opowiadania nie są ułożone chronologicznie. Autor nieustannie zmienia opisywany okres historii rodziny. Zmiany następują nie tylko między rozdziałami, ale również między akapitami, a nawet liniami opowiadania, co wymaga od czytelnika skupienia uwagi.
Miałem okazję spotkać się z Mikołajem Łozińskim i zadać mu pytanie:
„Po co taka komplikacja?”
Odpowiedział krótko: „Chciałem, aby komplikacja opowiadania odzwierciedliła skomplikowaną sytuację rodzinną”.
Komplikacja losów rodziny jest konsekwencją wydarzeń historycznych Polski, w szczególności II wojny światowej, okresu komunizmu, działań Solidarności i ewolucji przemian politycznych, ustrojowych i gospodarczych lat 80 i 90 XX w. Losy członków rodziny, ich wybory i decyzje są trudne do zrozumienia bez doświadczeń lub wiedzy historii Polski od lat 30 XX w. Znajomość tej historii pozwoli zrozumieć dlaczego babcia Mikołaja ze strony ojca tak bardzo cieszyła się z suchej kiełbasy, sera i naczyń, które otrzymała od swojej przyjaciółki z Paryża. Zrozumiemy dlaczego matka Mikołaja płakała po śmierci Stalina i napisała na tę okoliczność list, który został wyróżniony i umieszczony na szkolnej tablicy.
„5 marca 1953 roku o godzinie 9:50 wieczorem przestało bić serce Józefa Wissarionowicza Stalina.
Nasz nauczyciel, wódz, ojciec.
Prosty, skromny, jego orle oczy patrzyły daleko w przyszłość”
Zrozumiemy również dlaczego dziadkowie Mikołaja zostawili swojego syna w domu dziecka, dlaczego starszy brat Mikołaja w 1989 r. nielegalnie podłączał się do linii telefonicznych i wiele innych kwestii.
Autor nie komentuje i nie ocenia wydarzeń politycznych, społecznych i gospodarczych. Nie ocenia również wyborów i decyzji członków swojej rodziny podejmowanych w kontekście tych wydarzeń. Wobec tego autor nie ułatwia czytelnikowi zrozumienie książki. Skazuje czytelnika na automatyczne włączenie mechanizmu abstrakcji i poznanie losów jego rodziny bez kontekstu historycznego w przypadku, gdy czytelnik nie posiada odpowiedniej wiedzy.
W moim odczuciu przesłanie książki związane jest w przeważającej części z konsekwencją wyborów osobistych bohaterów w przestrzeni emocjonalnej. Podstawowy problem polega na tym, że w rodzinie nie było szczęśliwych małżeństw.
Ojca matki Mikołaja poznajemy w dniu jego śmierci. Po 30 latach małżeństwa rozwodzi się ze swoją żoną. Przez kolejnych 20 lat mieszkają w jednej kamienicy, ale w osobnych mieszkaniach, mijają się na schodach bez słów.
Dziadek urodził się w 1916 r., ukończył Akademię Sztabu Generalnego w Moskwie. W 1936 r. był aresztowany jako młody komunista. Można przypuszczać, że chodzi o aresztowania i osadzenie komunistów w Berezie Kartuskiej (przypis recenzenta). Swoją żonę poznał między 1936 a 1949 r., ponieważ z „Książki” można dowiedzieć się, że w 1941 r. zaciągnął się do armii rosyjskiej, wysyłając żonę z kilkumiesięczną córką do swojej rodziny w Smoleńsku. Został ranny w bitwie pod Lenino, a gdy wyzdrowiał jeździł od miasta do miasta i szukał swojej żony i córki. Znalazł je w Uzbekistanie. Jak później przyznał, gdyby nie córka to by żony nie szukał. W Turganie został kierownikiem młyna, załatwił żonie pracę, chorował na malarię i ostatecznie wrócił na front. Po wojnie wrócił do Warszawy, zamieszkał w kamienicy swoich rodziców, otrzymał pracę w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. Dziadek lubił eleganckie ubrania, nosił ordery, lubił się fotografować. Wyglądał jak „Lenin w podręczniku do historii”. Będą już na emeryturze wywalczył sobie prawo do noszenia munduru i orderów. Miał obsesję na punkcie zdrowia, często się badał. Gdy lekarze widzieli go w ośrodku zdrowia to uciekali na inne oddziały. Wakacje z żoną spędził tylko jeden raz, pozostałe wakacje spędzał w Karlowych Warach, ale bez towarzystwa żony. Wiadomo, że dziadek miał kochanki, często kłócił się z babcią. Podczas jednej z awantur przeciął łóżko małżeńskie na pół i swoją część przeciągnął do swojego pokoju. Innym razem wyrzucił psa przez okno, ponieważ uznał, że ten go rozpraszał i przez niego przegrał w szachy.
Babcia pochodziła z Chełmna, była żydówką, jej siostra zginęła podczas wojny. Była piękną kobietą, miała z dziadkiem dwójkę dzieci, starsza była matką autora „Książki”. Dziadek wykorzystując układy partyjne załatwił babci pracę w Ministerstwie Bezpieczeństwa Narodowego. Załatwił jej również wcześniejszą emeryturę.

Adam


 

Szkoła w Sobótce gościła Elizę Piotrowską
18.06.2013
Polskie Bullerbyn

Znalazłam polskie Bullerbyn. Trochę boję się powiedzieć gdzie, bo zaraz zwali do niego udręczony miejski tłum. Więc nie powiem od razu, tylko potem. Przede wszystkim weszłam do księgarni. Nie była bogata, ale znalazłam w niej Przygody rodziny Mellopsów. Ucieszyłam się. Młody człowiek za ladą to zauważył. „Dobre?” – zapytał ze szczerym  zainteresowaniem.  „Świetne!” – zapewniłam go.  „W takim razie przeczytam!” – obiecał.  A  potem przejęty opowiedział o książce, z którą właśnie się zmagał  i która wydawała mu się „ jakaś dziwna”. Była to pozycja kontemplacyjno-religijna, która i mnie wydała się dziwna. Nagle do księgarni wtargnęła nieco wczorajsza klientka, ktora chciała kupić książkę, ale „trochę” jej brakowało. Młody księgarz się zlitował i oddał książkę za pół darmo. Poszłam dalej. Sklep z odzieżą używaną. Tak zwany lumpeks. Kupiłam kilka sukienek. Był to lumpeks z wyższej półki, sukienki nie były zabójczo tanie, więc co do jednej nie mogłam się zdecydować. „Proszę wziąć ją sobie w prezencie” – powiedziała sympatyczna właścicielka lumpeksu. Postanowiłam się odwdzięczyć, poszłam do samochodu i przyniosłam książkę. Właścicielka była zachwycona i gotowa dać mi jeszcze dziesięć innych sukienek, ale wszystkie były za duże. W spożywczym zaprzyjaźniłam się z panią, która nie mogła znaleźć cukru, pod kościołem z dwoma kloszardami, których kultura osobista wprawiła mnie w osłupienie. Wróciłam do hotelu. Zjadłam pyszny obiad. Poszłam do pokoju. Wieczór. Noc. Ale w hotelowej restauracji podejrzanie głośno. Zeszłam. Przy stole siedziała pani, która swoje już przeżyła i pan, który właśnie coś przeżywał. Pani promieniowała prostym jak bochen chleba pięknem, a pan o biurowej urodzie wprost przeciwnie – był poważnie zgaszony.  Przeprosili i dalej mówili szeptem. Rano ta sama pani podała mi śniadanie. „Przepraszam za wczoraj” –  powiedziała. – „Ale to nasz kilent. Nie ma z kim pogadać. Wie pani, troche samotny... A drugiego człowieka trzeba przecież wysłuchać”.
Wreszcie pojechałam na spotkanie do szkoły. I tam przepadłam już zupełnie. Dzieciaki były świetne. Ale to się zdarza również poza Bullerbyn. Za to pani dyrektor zahipnotyzowała mnie swoim angielskim wdziękiem. A to się zdarza rzadziej. Była powściągliwa ale otwarta, obecna, ale nie nachalna, kobieca, ale nie babska, konkretna, ale delikatna. Była mądra, oczytana, wyważona. Była silna i dobra. Była królową Bullerbyn. Królewska świta wpatrywała się w Nią jak w obrazek i powtarzała z dumą: „Oto nasza pani dyrektor!” Pomyślałam, że chciałabym żyć w państwie, którego obywatele mówią z taką dumą o swoim zwierzchniku. Kiedy podpisywałam książki, śliczny chłopiec o czarnych oczach powiedział: „A wczoraj była pani w lumpeksie u mojej mamy! ”  On też był dumny. Nikt się nie śmiał.
Szkoła w Bullerbyn mogłaby być molochem. Ale nie jest. Zawdzięcza to genialnemu rozwiązaniu architektonicznemu. Podzielona jest na „domki” (no tak... domek Olle, domek Bosse i Lasse, domek Anny i Brity...). Każdy „domek” złożony jest z: 1. „altanki” (rodzaj przedsionka, wystającego ze ściany), 2. wąskiego korytarza (przedpokoju), pełniącego rolę szatni i 3. klasy. Zatem każda klasa ma własny domek ze swoją małą szatnią i altanką. Natomiast  świetlica, przestrzeń dla wszystkich, jest otwarta, w dużej wnęce na korytarzu, bez drzwi i osobnych, wydzielających ją ścian. I podobno bardzo dobrze się sprawdza. A ja w to wierzę, bo mówi tak sama królowa Bullerbyn.
Szkoła w Bullerbyn jest również piękna. Na jej ścianach wiszą ozdobne gobeliny, rysunki, linoryty, kolaże...
Wszystkie w przemyślanych układach, oprawione  ze smakiem. Większośc prac stworzyły dzieci.  Szczególnie interesujące są linoryty. Ich autorami są dzieci, które chodziły do szkoły w latach 70-siątych.
Szkoła w Bullerbym ma również swoje małe muzeum etnograficzne. Jak powtało? Zwyczajnie! Każdy przyniósł co miał – po dziadkach, pradziadkach, babkach i prababkach... Dlatego historie zgromadzonych tam przedmiotów są żywe, bowiem stanowią cześć rodzinnych historii.

Tyle bym wam jeszcze chciała opowiedzieć o Bullerbyn... O wspaniałych szkolnych bibliotekarkach, o pani sekretarce, o paniach sprzątaczkach... Ale wtedy moglibyście zwątpić, że Bullerbyn w ogóle istnieje...

A ono istnieje. Naprawdę. Pod Wrocławiem. W Sobótce.

Choć to nieładnie, już zazdroszczę wszystkim autorom, których Szkoła Podstawowa nr 1 im. Janusza Korczaka w zaprosi na spotkanie.

Eliza Piotrowska




1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23
Copyright: Agencja Autorska Autograf