Szkoła w Sobótce gościła Elizę Piotrowską
18.06.2013
Polskie Bullerbyn

Znalazłam polskie Bullerbyn. Trochę boję się powiedzieć gdzie, bo zaraz zwali do niego udręczony miejski tłum. Więc nie powiem od razu, tylko potem. Przede wszystkim weszłam do księgarni. Nie była bogata, ale znalazłam w niej Przygody rodziny Mellopsów. Ucieszyłam się. Młody człowiek za ladą to zauważył. „Dobre?” – zapytał ze szczerym  zainteresowaniem.  „Świetne!” – zapewniłam go.  „W takim razie przeczytam!” – obiecał.  A  potem przejęty opowiedział o książce, z którą właśnie się zmagał  i która wydawała mu się „ jakaś dziwna”. Była to pozycja kontemplacyjno-religijna, która i mnie wydała się dziwna. Nagle do księgarni wtargnęła nieco wczorajsza klientka, ktora chciała kupić książkę, ale „trochę” jej brakowało. Młody księgarz się zlitował i oddał książkę za pół darmo. Poszłam dalej. Sklep z odzieżą używaną. Tak zwany lumpeks. Kupiłam kilka sukienek. Był to lumpeks z wyższej półki, sukienki nie były zabójczo tanie, więc co do jednej nie mogłam się zdecydować. „Proszę wziąć ją sobie w prezencie” – powiedziała sympatyczna właścicielka lumpeksu. Postanowiłam się odwdzięczyć, poszłam do samochodu i przyniosłam książkę. Właścicielka była zachwycona i gotowa dać mi jeszcze dziesięć innych sukienek, ale wszystkie były za duże. W spożywczym zaprzyjaźniłam się z panią, która nie mogła znaleźć cukru, pod kościołem z dwoma kloszardami, których kultura osobista wprawiła mnie w osłupienie. Wróciłam do hotelu. Zjadłam pyszny obiad. Poszłam do pokoju. Wieczór. Noc. Ale w hotelowej restauracji podejrzanie głośno. Zeszłam. Przy stole siedziała pani, która swoje już przeżyła i pan, który właśnie coś przeżywał. Pani promieniowała prostym jak bochen chleba pięknem, a pan o biurowej urodzie wprost przeciwnie – był poważnie zgaszony.  Przeprosili i dalej mówili szeptem. Rano ta sama pani podała mi śniadanie. „Przepraszam za wczoraj” –  powiedziała. – „Ale to nasz kilent. Nie ma z kim pogadać. Wie pani, troche samotny... A drugiego człowieka trzeba przecież wysłuchać”.
Wreszcie pojechałam na spotkanie do szkoły. I tam przepadłam już zupełnie. Dzieciaki były świetne. Ale to się zdarza również poza Bullerbyn. Za to pani dyrektor zahipnotyzowała mnie swoim angielskim wdziękiem. A to się zdarza rzadziej. Była powściągliwa ale otwarta, obecna, ale nie nachalna, kobieca, ale nie babska, konkretna, ale delikatna. Była mądra, oczytana, wyważona. Była silna i dobra. Była królową Bullerbyn. Królewska świta wpatrywała się w Nią jak w obrazek i powtarzała z dumą: „Oto nasza pani dyrektor!” Pomyślałam, że chciałabym żyć w państwie, którego obywatele mówią z taką dumą o swoim zwierzchniku. Kiedy podpisywałam książki, śliczny chłopiec o czarnych oczach powiedział: „A wczoraj była pani w lumpeksie u mojej mamy! ”  On też był dumny. Nikt się nie śmiał.
Szkoła w Bullerbyn mogłaby być molochem. Ale nie jest. Zawdzięcza to genialnemu rozwiązaniu architektonicznemu. Podzielona jest na „domki” (no tak... domek Olle, domek Bosse i Lasse, domek Anny i Brity...). Każdy „domek” złożony jest z: 1. „altanki” (rodzaj przedsionka, wystającego ze ściany), 2. wąskiego korytarza (przedpokoju), pełniącego rolę szatni i 3. klasy. Zatem każda klasa ma własny domek ze swoją małą szatnią i altanką. Natomiast  świetlica, przestrzeń dla wszystkich, jest otwarta, w dużej wnęce na korytarzu, bez drzwi i osobnych, wydzielających ją ścian. I podobno bardzo dobrze się sprawdza. A ja w to wierzę, bo mówi tak sama królowa Bullerbyn.
Szkoła w Bullerbyn jest również piękna. Na jej ścianach wiszą ozdobne gobeliny, rysunki, linoryty, kolaże...
Wszystkie w przemyślanych układach, oprawione  ze smakiem. Większośc prac stworzyły dzieci.  Szczególnie interesujące są linoryty. Ich autorami są dzieci, które chodziły do szkoły w latach 70-siątych.
Szkoła w Bullerbym ma również swoje małe muzeum etnograficzne. Jak powtało? Zwyczajnie! Każdy przyniósł co miał – po dziadkach, pradziadkach, babkach i prababkach... Dlatego historie zgromadzonych tam przedmiotów są żywe, bowiem stanowią cześć rodzinnych historii.

Tyle bym wam jeszcze chciała opowiedzieć o Bullerbyn... O wspaniałych szkolnych bibliotekarkach, o pani sekretarce, o paniach sprzątaczkach... Ale wtedy moglibyście zwątpić, że Bullerbyn w ogóle istnieje...

A ono istnieje. Naprawdę. Pod Wrocławiem. W Sobótce.

Choć to nieładnie, już zazdroszczę wszystkim autorom, których Szkoła Podstawowa nr 1 im. Janusza Korczaka w zaprosi na spotkanie.

Eliza Piotrowska




Polecam tekst Małgorzaty Strękowskiej-Zaremby
24.04.2013
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24
Copyright: Agencja Autorska Autograf